wtorek, 22 maja 2018

Historyjka taka sobie

Na przestrzeni 150 letniej historii uzdrowiska Rabka, z dobroczynnego oddziaływania jego walorów korzystało wiele pokoleń naszego, i nie tylko naszego, społeczeństwa. Olbrzymia rzesza słabowitych i schorowanych dzieci, przybywających tu po zdrowie i wypoczynek, nadała temu zdrojowisku charakter typowo dziecięcego zdroju, szczególnie w początkowym okresie jego istnienia. Z czasem jednak, wraz z rozwojem i postępem, zdrojowisko zaczęło zmieniać swój profil, i coraz więcej dorosłych przekonywało się o zbawiennych również dla nich skutkach kuracji i pobytu w tutejszym klimacie. Wśród przybywających gości, było wielu znamienitych, cenionych i szeroko znanych postaci. Wystarczy przywołać takie nazwiska jak: Antoni Edward Odyniec, Henryk Siemiradzki, Władysław Anczyc, Jan Matejko, książę Albin Dunajewski, książę Adam Sapieha, Jan Kiepura, prof. Karol Olszewski, tenisistka Jadwiga Jędrzejowska, Bronisław Czech i wielu innych - przedstawicieli świata nauki, kultury, kościoła, polityki czy sportu.

W tak zacnym gronie znalazła się również, chyba jednak trochę zapomniana już dzisiaj, jedna z największych sław światowych scen operowych przełomu XIX i XX wieku – Marcelina Sembrich – Kochańska. Nie sposób w kilku słowach scharakteryzować tak wyjątkowej postaci, bo też nie to jest celem niniejszego opracowania. Wystarczy jednak przytoczyć kilka opinii z ówczesnej prasy, by wyrobić sobie pogląd i choćby mglisty obraz artystki, o której koncerty zabiegały wszystkie liczące się w świecie sceny operowe. 

Marcelina Sembrich - Kochańska

czwartek, 10 maja 2018

70 lat Instytutu Gruźlicy i Chorób Płuc w Rabce-Zdroju

W miesiącu lutym bieżącego roku, jakoś tak zupełnie bez rozgłosu, minęło okrągłe 70 lat od chwili, gdy w Rabce dokonano oficjalnego, uroczystego  otwarcia Zespołu Sanatoriów Dziecięcych.

Na skutek prowadzonych w czasie ostanie wojny działań celowo wyniszczających kraj oraz jego ludność, stan zdrowia społeczeństwa polskiego, a przede wszystkim jego najmłodszej części, przedstawiał obraz zatrważający.

Badania przeprowadzone na terenie samego tylko Krakowa wykazały, że organizmy około 32% dzieci szkolnych i ponad 28% dzieci w wieku przedszkolnym dotknięte zostały zmianami gruźliczymi. A przecież Kraków nie należał, ani do miast najbardziej przez wojnę zniszczonych, ani też do najuboższych. W innych częściach kraju, czy to na zadymionym Śląsku, w Warszawie, czy też na zrujnowanych terenach wschodnich, wskaźniki te były o wiele wyższe i jeszcze bardziej przerażające.

Taki stan rzeczy wymusił konieczność natychmiastowego, energicznego i skoordynowanego działania władz kraju. Dzieci trzeba było ratować i leczyć, nie szczędząc nakładu środków, sił i energii. W lipcu 1946 roku, na wniosek ówczesnego Ministra Zdrowia, doktora med. Franciszka Litwina, Rada Ministrów powołała  Komitet Organizacyjny Zespołu Sanatoriów Dziecięcych w Rabce. To do niego należała koordynacja działalności poszczególnych sanatoriów, wchodzących w skład Zespołu, troszczenie się o utrzymanie i rozbudowę sanatoriów, a przede wszystkim – co było rzeczą w Polsce zupełnie nową – opracowanie i ustalanie jednolitych zasad i metod leczniczo – wychowawczych, we wszystkich sanatoriach wchodzących w skład Zespołu.

Już w pierwszych dniach 1947 roku przyjęto w Rabce na kurację pierwsze dzieci, a dnia 15 lutego 1948 roku miało miejsce oficjalne i uroczyste otwarcie Zespołu Sanatoriów Dziecięcych w Rabce. Przez 70 lat nieprzerwanej działalności, instytucja ta  przywracała i do dziś przywraca, zdrowie dzieciom chorym; pierwotnie na gruźlicę, a później również na inne choroby układu oddechowego –  i nie tylko – zmieniając z czasem profile leczenia, i co za tym idzie –  nazwy: od Zespołu Sanatoriów Dziecięcych (ZSD), poprzez Dziecięcy Ośrodek Sanatoryjno Prewentoryjny (DOSP), Dziecięcy Ośrodek Chorób Płuc (DOChP), Instytut Matki i Dziecka O/Terenowy (IMiD),  do  dzisiejszego Instytutu Gruźlicy i Chorób Płuc (IgiChP).

Czas płynie, zmieniają się szyldy, przemijają ludzie. Nie zmienia się tylko jedno – misja do  której instytucja ta powołaną została i realizuje ją po dzień dzisiejszy.

Personel lekarski na schodach ODW, głównego sanatorium Zespołu,
dzisiejszego Szpitala Miejskiego.
Stojący 4 od lewej - prof. Jan Rudnik, a 2 od prawej chirurg dr. Żuk.
Zdj. ze zbiorów Józefa Szlagi.

wtorek, 2 stycznia 2018

Nowy Rok Bieży…

Gdy myśl nasza wybiega naprzód w nieodgadnioną głąb przyszłych wydarzeń, gdy już nachyla się ku nam Rok Nowy, zda się nam, że słyszymy skądś, z oddali cichą, melodyjną nutę staropolskiej kolendy, tej, którą od lat tylu śpiewali dziadowie nasi i ojcowie:

„Nowy Rok bieży,
W jasełkach leży...”

Rozbrzmiewała co rok ta kolenda nad polską ziemią, niosła się ponad bezmiarem śnieżnych pól, płynęła ponad borami świerkowemi i ponad miastami, kołatała do okien domów, dopominała się o posłuch, nawoływała:

„Dzieciątko małe.
Dajcie mu chwałę...”

niedziela, 24 grudnia 2017

Wigilja. – Boże Narodzenie.


Zapowiedź wigilijnego święta stanowiły od dawiendawna opłatki. Wypiekano je przy kościołach i po klasztorach, lejąc bardzo rzadkie ciasto pszenne w żelazne foremki. Foremki te odznaczały się nieraz artyzmem i subtelnością rysunku, rzniętego w metalu na ich ściankach. 

Przybycie organisty lub zakonnika z opłatkami było zawsze radosnem wydarzeniem. Zapowiadało ono koniec smutnego Adwentu i wesołe święta Narodzin Pańskich.

Za dawnych czasów przestrzegano surowo, by w dzień wigilijny jeść tylko raz na dzień, po zejściu pierwszej gwiazdy. Od rana trawiono czas na uroczystych przygotowaniach do tego wieczornego posiłku, zwanego wigilją, postnikiem, albo pośnikiem.

Obyczaj uświęcania uroczystości religijnych ucztą jest bardzo stary i sięga czasów pogańskich. Może więc i nasza chrześcijańska wigilja łączy się tradycją z jakiem świętem słowiańskiem. Istnieją ślady, że święto takie obchodzono na początku zimy: miało ono na celu uproszenie urodzaju na rok następny. Z drugiej strony wigilijna uczta posiada pewne znamiona święta, obchodzonego ku czci zmarłych. Zwyczaj bowiem, powszechnie w Polsce panujący, nakazywał, by przy stole wigilijnym były nakrycia dodatkowe dla tych, co na zawsze odeszli. Pol [Wincenty] w swej „ Pieśni o domu naszym”, tak pisze o tym obyczaju: