środa, 17 sierpnia 2016

Rynek jakiego nie znałem - cz. I

Zebrał zapalczywość swą przeciw mnie, a grożąc mi zgrzytał na mnie zębami swymi, nieprzyjaciel mój straszliwymi oczyma patrzał na mnie.
Otworzyli na mnie usta swoje, i szydząc bili twarz moją, nasycili się mękami mymi. 
Zamknął mię Bóg u nieprawego, i wydał mię w ręce niezbożnych. 
Ja, kiedyś bogaty, z nagła starty zostałem; ujął mię za szyję, złamał mię i jakby za cel postawił mię sobie. 
Otoczył mię włóczniami swymi, zranił biodra moje, nie przepuścił i wytoczył na ziemię wnętrzności moje. 
Posiekł mię raną na ranę, rzucił się na mnie jak olbrzym. 
Uszyłem wór na skórę moją, i okryłem popiołem ciało moje. 
Oblicze moje spuchło od płaczu, a powieki moje zaćmiły się.- 
To cierpiałem, choć nie ma nieprawości w ręce mojej, gdyż czyste były me prośby do Boga. 
Ziemio ! nie okrywaj krwi mojej, i niech w tobie nie będzie miejsca, gdzieby się mogło skryć wołanie moje ! 
Księga Hioba, 16,10:19 

Fragment granitowej Ściany Płaczu w obozie zagłady w Bełżcu.

W przedostatni dzień sierpnia, minie 74. rocznica deportacji Żydów rabczańskich do obozu natychmiastowej zagłady w Bełżcu[1]. Do niedawna ta smutna rocznica w historii naszego miasta była zupełnie zapomniana. W czasie II wojny światowej, w niedzielę, 30 sierpnia 1942 r., w ciągu kilku godzin Rabka straciła kilkuset mieszkańców. W dziejach Rabki, poza epidemią cholery w połowie XIX wieku, tak tragiczne wydarzenie nie miało miejsca. 

Rabka przed wojną. Spacer uliczkami zdrojowiska. Fot. ze zbiorów Józefa Szlagi 

Wczesnym rankiem, 30 sierpnia 1942 r., na placu nieopodal rynku, w zebranej grupie kilkuset osób, przeważającą cześć stanowili rabczańscy Żydzi. Ich rodziny przez ponad wiek współtworzyły społeczeństwo Rabki. Okupacyjne władze niemieckie tego dnia urządziły na wspomnianym placu selekcję. Spośród zebranych wybrano około 30 mężczyzn, których wysłano do obozu pracy na Słonem. Obóz ten liczył wtedy kilkudziesięciu mężczyzn, których wykorzystywano do niewolniczych prac głównie na terenie Rabki. Pozostałych, w tym dzieci, kobiety i starców, pognano na stację kolejową w Chabówce i wepchano do bydlęcych wagonów. O godzinie 11 pociąg, w którym znajdowali się już Żydzi z Zakopanego, Nowego Targu, Szczawnicy i Krościenka, odjechał w długą podróż do obozu zagłady w Bełżcu na Lubelszczyźnie[2]. Z transportu liczącego około 2500 osób nikt nie przeżył. 


Stacja kolejowa w Chabówce. Fot. ze zbiorów Józefa Szlagi

„Brama Podhala”, jak nazywano Rabkę, była ostatnim miastem regionu, z którego społeczność żydowska zniknęła na zawsze. Po wojnie ślady obecności rabczańskich Żydów ulegały stopniowo zatarciu i zapomnieniu. W miarę jak odchodziły kolejne pokolenia Rabczan pamiętających swoich dawnych sąsiadów, nasuwały się pytania. Gdzie była bożnica w Rabce? Kto był rabinem? Co się stało z rabczańskimi Żydami? Nie na wszystkie z nich uda się odpowiedzieć, większość pozostanie tajemnicą. 

Czy dzisiaj w coraz piękniejszej i bardziej popularnej Rabce-Zdrój pamięć o rabczańskich Żydach – dawnych jej mieszkańcach i obywatelach Polski – jest możliwa? Pamięć o ludziach, którzy mieli swój wkład w nasze miasto, którzy tutaj budowali domy, wychowywali dzieci i posyłali je do szkoły, pracowali w różnych zawodach. Niżej wymienione z nazwiska i imienia osoby nie mają swoich grobów. Są to dzieci, matki, ojcowie i dziadkowie, często całe pokolenia, których ciała zostały wrzucone do dołów i wymieszane z ziemią lub spalone na stosie. Nad wieloma osobami nikt nigdy nie zapłakał, nie zapalił świeczki.

Masowe groby w lasku za willą „Tereska” w Rabce, otoczone drutem kolczastym.
Źródło: http://yadvashem.org/ 

Pisząc o nich dzisiaj utrwalamy o nich pamięć. Czy Rabka pamięta? Czy warto pamiętać o naszym dziedzictwie? Czy upamiętnienie smutnej rocznicy całkowitej likwidacji tutejszych mieszkańców żydowskich powinno wpisać się w kalendarz obchodów miejskich? 

Przez treść tego artykułu chcielibyśmy zachęcić do przeniesienia się w czasie na rabczański rynek. Niech poniższe wspomnienia Rabczan o Rabczanach pomogą spojrzeć inaczej na budynki, które zapewne czasem mijamy idąc ulicami naszego miasta. Budynki te, niemi świadkowie tamtych wydarzeń, to domy ludzi, którzy kiedyś tu mieszkali. 

Zebrane historie zostały opowiedziane przez ostatnich żyjących świadków: Annę Rabską, Katarzynę Luberdę, Czesława Mlekodaja oraz tych, którzy już odeszli do wieczności: Alicję Kleinberg, Józefę Obłąk, Czesława Leśnego, Jana Knowę. W przytaczanych wspomnieniach dramatyczne wydarzenia z okresu okupacji mieszają się z pogodnymi obrazami życia przedwojennego. Zapraszam na spacer po rynku – niech będzie to ukłon i podziękowanie w stronę tych wszystkich, którzy potrafili być ludźmi w trudnych czasach. 


Rynek jakiego nie znałem



Rabczańscy górale na tle pierwszych żydowskich zabudowań otaczających rynek.
Widoczny w oddali najdłuższy budynek należał do Abrahama Freundlicha.
W czasie gdy wykonano to zdjęcie budynek był jeszcze parterowy.
Fot. ze zbiorów Józefa Szlagi 

Wszystko na to wskazuje, że rynek był ważnym miejscem na mapie Rabki nie tylko dla społeczności żydowskiej, pomimo że jej odsetek kilkukrotnie przewyższał tam liczbę ludności katolickiej. Przy rynku znajdował się dawny dwór założyciela uzdrowiska, Juliana Zubrzyckiego, którego budynki przed wojną mieściły Gimnazjum Męskie dra Jana Wieczorkowskiego. Szkoła ta wychowała wielu wybitnych ludzi i nadawała ton życiu kulturalnemu miasta. Do szkoły, obok katolików uczęszczało wielu chłopców pochodzenia żydowskiego. Za murem gimnazjum, toczyło się codzienne życie – handel w licznych sklepach i na straganach, cotygodniowe jarmarki, gwarno było też w kilku szynkach. Na wzgórzu po drugiej stronie Raby znajdowała się rytualna łaźnia i bożnica. To tu koncentrowało się życie religijne znacznej części ludności żydowskiej Rabki. W piątek po zachodzie słońca, kilka budynków w rynku oraz nieco więcej na zboczach Kapicówki tworzyło niepowtarzalny klimat - rozpoczynał się szabat. Życie zatrzymywało się, wszystko milkło. Wieczorem okna rozświetlały się w blasku migocących płomieni świec. 

1) Sklep mięsny i rzeźnia; 2) Budynek Weissbergerów; 3) Karczma i sklep;
4) Sklep koszerny Landwirtha; 5) Sklep mięsny Kapłonów;
6) Magazyn towarów płóciennych Steinera i czytelnia Żydowska;
7) Zabudowania Freundlicha; 8) Szynk i piekarnia; 9) Karczma Buschbauma;
10) Zabudowania Goldmana; 11) Sklep kolonialny Rabchuna Szpase;
12) Mieszkania Stillów i Sternów. 

Przed mostem na Poniczance, naprzeciwko obecnej Szkoły Podstawowej nr 2, znajdują się dwa duże domy połączone ze sobą. Budynek, obecnie Sądecka 5, należał do rodziny Lubów. Na parterze usytuowany był sklep mięsny, a na zapleczu mieściła się jedna z dwóch rzeźni w rynku. W czasie wojny przed budynkiem rozegrał się dramat. Alicja Kleinberg, żona rabczańskiego dentysty, której udało się uciec i uchronić swoje dwie córki przed zagładą, wspomina: Lubowie ukrywali Neuger Berte, miała dobry wygląd uchodziła za krewnych Lubów. Wilhelm Rosenbaum [komendant szkoły Policji Bezpieczeństwa w willi „Tereska”] zastrzelił ją przed domem Lubów mówiąc „nareszcie cię mam”. Berta, żona krawca Samuela, miała wówczas 45 lat. Osierociła czwórkę dzieci. Historia ta to tylko jeden z przykładów jak rabczanie z narażeniem życia starali się nieść pomoc swym żydowskim sąsiadom w tamtych trudnych czasach. 

Góralskie furki na placu przed Szkoła Powszechną w Rabce.
Widoczny w oddali, w centrum fotografii, budynek należał do rodziny
Lubów i Weissbergerów. Fot. ze zbiorów Adama Kurowskiego. 

W przyległym domu, obecnie Sądecka 3, do 25 czerwca 1942 roku mieszkała rodzina Chaima i Salomei Weissbergerów. Po dzień dzisiejszy nad wejściem do budynku wystaje siedem kamieni – być może ich układ niczym mezuza, miał czynić to miejsce bezpiecznym i błogosławionym. Weissbergerowie mieli czwórkę dzieci: Jacoba, Adolfa, Israela i Libę. Przed wojną Chaim prowadził sklep, w którym, jak wspominają Rabczanie, można było kupić „mydło i powidło” oraz dzierżawił lokal znanemu restauratorowi rabczańskiemu, Franciszkowi Wencowi, pod sezonową działalność. Warto wspomnieć o tym, że Franciszek Wenc znacznie rozsławił Rabkę, gdyż w jego restauracjach przed I wojną światową jadali „strzelcy” wraz ze swym komendantem Józefem Piłsudskim. Dramat Weissbergerów rozpoczął się 25 czerwca 1942 r. Tego dnia, pod eskortą ukraińskich strażników zasilających szeregi SS, prowadzono kilkunastoosobową grupę Żydów z rynku do willi „Tereska”, gdzie mieściła się szkoła Sicherheitspolizei (SiPo). W grupie eskortowanych był Chaim z synem Adolfem. Na wysokości starego kościółka Chaim zaryzykował ucieczkę z konwojowanej grupy. Niestety nie uszło to uwadze eskorty. Został postrzelony przez strażników. Transport ruszył dalej. Chaim Weissberger pomimo odniesionych ran nadal żył. Ranny dotarł do znanych mu zabudowań przy ulicy Wąskiej. Ukrył się w ziemiance obok domu. Przerażeni właściciele zabudowań nalegali by zmienił kryjówkę. By nie narażać ich życia ruszył w stronę dworu. Niestety w okolicach przejazdu kolejowego, przy dzisiejszej ulicy Podhalańskiej, natknął się na patrol żandarmerii niemieckiej, przez który został zastrzelony. Miał 65 lat. Syn Adolf zginął tego samego dnia w egzekucji razem z 80 innymi osobami. Miał 31 lat. Liba razem z Jakobem zdecydowali się ukryć u mieszkających po sąsiedzku Blecharczyków. Moment emocjonalnego pożegnania dzieci Weissberegerów z matką zapamiętała Anna Rabska: Nigdy z mamą nie widzieliśmy tak żegnających się ludzi, którzy jakby pod wpływem emocji wręcz rzucili się na siebie niczym zwierzęta. Liba razem z Jakobem często zmieniali kryjówki. Opuścili Rabkę i przez kilkanaście miesięcy przedzierali się na wschód. Dotarli do Lubnia, gdzie znaleźli schronienie na 8 miesięcy. W czerwcu 1944 r., zostali zamordowani przez ludzi, którzy ich ukrywali. Pięć dolarów dziennie – tyle kosztowało życie czterech osób w tamtejszej kryjówce. 

Dom w którym mieszkali Weissbergowie.
Nad wejściem do budynku widoczne siedem kamieni.

W miejscu, gdzie dziś znajduje się sklep „Bazar” i apteka, był niegdyś jednokondygnacyjny dom rodziny Strączków. Znajdowała się tam karczma. Druga część domu była dzierżawiona przez rodzinę Strikerów, która prowadziła tam sklep.

Jarmark na rynku w Rabce. Widoczny most na Poniczance, który zawalił się
podczas procesji Bożego Ciała w 1963 roku. Od lewej: budynek Lubów,
gdzie był sklep mięsny i rzeźnia; budynek Weissbergerów,
gdzie była karczma i sklep; dom Strączków i mieszkanie Strikerów,
prowadzono w nim karczmę i sklep. Fot. ze zbiorów Józefa Szlagi

Przechodząc przez most na Poniczance wchodzimy do rynku. Po prawej stronie, w niskim budynku, obecnie Rynek 1, znajdował się sklep dla Żydów przestrzegających koszernej kuchni. Barierka balkonu tego budynku, dziś zakryta przez reklamę, w swojej środkowej części, kryje siedem metalowych prętów – być może jest to nawiązanie do symbolicznego znaczenia liczby siedem w kulturze żydowskiej, jakże ważnego znaku dla wierzących Izraelitów. Sklep z koszernym mięsem należał do rodziny Landwirth. Senior rodu, z zawodu rzeźnik, Abraham, miał córkę Franię i syna Morysa. Przedwojenna mieszkanka Kapicówki, Katarzyna Luberda wspomina: W czasie srogich zim zawsze wyciupywali w rzece zapas lodu, który ładowali przez małe okienko do piwnicy. Lód przechowywany w piwnicy wytrzymywał upalne lato, służył do chłodzenia przede wszystkim mięsa. Abraham zginął w 1942 r. w majowej egzekucji, mając 77 lat. Frania miesiąc później. Miała 42 lata. Moryz zapewne w dniu deportacji został wysiedlony i zginął w Bełżcu. Naprzeciwko sklepu mięsnego Landwirtha mieścił się sklep mięsny Kapłonów, obecnie Rynek 2.

Garncarz Tomasz Rączka na targu w Rabce, odbitka wykonana z przedwojennej
kliszy przez J. Rysa, MOR 1356. W widocznym budynku znajdowała się
prawdopodobnie jatka koszerna Moritza Landwirta.
Fot. z książki Monografia Muzeum im. Władysława Orkana, Katarzyna Ceklarz

W sąsiedztwie dawnego sklepu Landwirtha, po drugiej stronie skrzyżowania z drogą na ulicę Gilówka, znajduje się okazały budynek, w którym dziś mieści się sklep mięsny. Jego przedwojennym właścicielem był Henryk Steiner. Reklama z lat 30. głosi, że był to największy w Rabce magazyn towarów płóciennych lnianych samodziałowych. Na piętrze znajdowała się „Czytelnia Żydowska”: Czytelnia Żydowska w Rabce wypożycza książki codziennie od 3.00 do 4.00 w domu p. Steinera. Obraz tamtego miejsca zapisała w swych wspomnieniach mieszkająca przez pewien czas w Rabce, córka Kazimierza Hellera i Magdaleny z domu Kaden, Maria Mierzyńska: Potentatem wśród kupców był pan Steiner, którego duży sklep z manufakturą mieścił się na rynku, na dole Rabki. Byłyśmy tam z panną Karoliną zaledwie kilka razy, ale głębia ciemnego pomieszczenia, szereg półek wzdłuż ścian ze starannie poukładanymi zwojami ciężkich materiałów, jak wreszcie imponująca łysina pana Steinera - wszystko to przejmowało nas podziwem i szacunkiem, które budzą się we mnie jeszcze i teraz, kiedy powracam pamięcią do tamtych odległych lat. 

Jarmark na rynku w Rabce. W lewym górnym rogu widoczny budynek,
w którym mieścił się sklep bławatny Henryka Steinera. Po prawej sklep
z koszernym mięsem Landwirtha. Fot. ze zbiorów Józefa Szlagi

Centralną część rabczańskiego rynku zajmuje jego największy budynek wraz z przynależnymi zabudowaniami, obecnie Rynek 8, 8a, 8b, 8c, których właścicielem był Abraham Adolf Freundlich – bez wątpienia jedna z bardziej zamożnych i szanowanych osób w przedwojennej Rabce i nie tylko. Pełnił funkcje prezesa żydowskiej Gminy Wyznaniowej w Jordanowie, prezesa Stowarzyszenia Restauratorów, prezesa Stowarzyszenia Przytułku dla Biednych Żydów w oraz prezesa Stowarzyszenia Modlitwy „Agidas Achim”[3] w Rabce. Jego spadkobiercami zostali na podstawie testamentu dwaj synowie Rudolf i Józef. 

Obecny widok na frontowy budynek Abrahama Freundlicha na rabczańskim rynku. 

W budynku Freundlicha było podnajmowanych kilka lokali na sklepy. Henryk Rose wraz ze swoją żoną Anną, wynajmował w tym domu lokal, w którym prowadzili sklep „Pod Różą”. Przedwojenna reklama sklepu głosiła: Sklep towarów mieszanych i żelaznych poleca szanownym Gościom na letnisku przebywającym następujące towary: naczynia emaliowane, towary mieszane i kolonialne itd. Bezdzietne małżeństwo Rose, zapisało się w pamięci ówczesnych najmłodszych mieszkańców Rabki – odwiedzające ich sklep dzieci częstowane były słodyczami. To prawdopodobnie tego sklepu dotyczyła ulotka reklamowa, stylizowana na góralską gwarę, autorstwa Pinkasa Tibergera, której fragment z pamięci przytoczył w książce „Czasami pamięć nie kłamie” Aleksander Ziemny: 

W Rabce wiosce u Frajlicha, 
kany była propinacja, 
założyli sklep Dorfowie, 
straśnie pyikny, co się zowie. 
Tam masz naftę i pierniki, 
dla dzieciaków smakołyki, 
kupisz zawias i biczysko, 
rynnę, kaszkiet, słowem wszystko. 
Jedna bida, że Dorfowie 
nie kupczom olejem w głowie. 

Henryk i Anna zostali zamordowani w egzekucji 20 maja 1942 r. w lasku obok willi „Tereska”. Henryk miał wówczas 73 lata, a jego żona Anna 75 lat. 

Widok na rynek. W centralnej części widać frontowy, już dwupiętrowy,
budynek Abrahama Freundlicha. Parterowe zabudowania z ciemną dachówką,
ciągnące się wzdłuż Poniczanki, prawdopodobnie były wówczas częścią
zagrody Freundlicha, o czym może świadczyć półkolista brama wjazdowa.
Na prawo od budynku Freundlicha, wzdłuż rzeki Raby, ciągną się
zabudowania Leopolda Goldmana. Naprzeciwko budynku Landwirtha
nie było jeszcze sklepu mięsnego Kapłonów.
Fot. ze zbiorów Adama Kurowskiego. 

Na zapleczu frontowego budynku Freundlicha znajdowała się wozownia oraz rozlewnia piwa Arcyksiążęcego Browaru w Żywcu. Jej właścicielem był Abraham Freundlich i następnie, do września 1939 roku, syn Rudolf. Ciekawostką jest, że pełnomocnikiem Arcyksiążęcego Browaru w Żywcu był drugi syn Abrahama, Józef Freundlich. 

„Leżak Żywiecki” - etykieta z piwa rozlewanego w Rabce u Freundlicha. 

Podczas okupacji niemieckiej budynek został przejęty pod przymusowy zarząd i w miejsce rozlewni piwa uruchomiono mleczarnie, której funkcjonowanie podtrzymywano aż do końca lat 80. 

W czasie okupacji w miejscu dawnej rozlewni piwa uruchomiono mleczarnie.
Po lewej stronie zdjęcia widać fragment dawnej wozowni Freundlicha. 

O działalności mleczarni w czasie wojny wspomina Zbyszko Nowak: Ukraińcy byli zgrupowani w barakach na Łęgach. Widywałem ich często. Przychodzili codziennie do mleczarni w rynku w Rabce i pobierali wyroby mleczarskie dla gestapo. Mleczarnia mieściła się w dawnej rozlewni piwa, w domu Freundlicha, najbogatszego Żyda w Rabce. (...) Ukraińcy nosili czarne mundury, wchodzili do mleczarni powolnym krokiem, podnosili ręce w faszystowskim pozdrowieniu, krzyczeli głośno „Heil Hitler”. Czasem wstępowali na piwo do wyszynku mojej matki, który był w domu obok mleczarni.

Wnętrze mleczarni w czasie okupacji.
Pierwszy z prawej stoi z pipetą Władysław Filas.
Fot. ze zbiorów Narcyza Listkowskiego 

Przejście na podwórze i zaplecze budynku Freundlicha znajduje się w sąsiedztwie z kolejnym budynkiem od strony placu targowego. Z podwórza widać kolejne dwa zabudowania - dawną stajnie dla koni oraz domek dla gości. Czesław Leśny, mieszkaniec Kapicówki, przypomina słowa swojego ojca, z zawodu bednarza, który znał rodzinę Freundlicha: Abraham był właścicielem rozlewni piwa, która mieściła się w tylnej części domu. Pan Abraham miał między innymi dwóch synów: Rudolfa i Józefa. Rudolf, miłośnik koni i zabawy, był właścicielem szynku; karczma stała zaraz za mostem na Gilówkę. Józef był zaprzeczeniem swojego brata, był prezesem Stowarzyszenia religijnego „Agidas Achim”.

Przejście na podwórze i zaplecze budynku Freundlicha.
W oddali widoczne dachy istniejących do dziś zabudowań.

Braci Rudolfa i Józefa różniło zasadniczo usposobienie, wykształcenie, uzdolnienia i zainteresowania. Rudolf był wielkim miłośnikiem i znawcą koni, stąd na co dzień środkiem komunikacji była dla niego bryczka. Zbyszko Nowak w swych wspomnieniach napisał: Po wojnie wrócił na krótki czas Rudek Freundlich, bardzo popularny wśród miejscowej ludności. Pasją jego były konie. Na targu żaden koń nie został sprzedany bez jego udziału. Każdy z braci posiadał karety, ale Józef ponadto, jako jedyny w przedwojennym społeczeństwie Rabki, samochód osobowy marki „Tatra”. Józef zajmował się działalnością kulturalno-rozrywkową. Sprawował funkcje pełnomocnika firmy budowlanej realizującej inwestycje jego oraz pozostałych członków rodziny. Założył kawiarnię z dancingiem koło dawnego Domu Zdrojowego - obecnie w tym budynku znajduje się Kawiarnia Zdrojowa. Był pomysłodawcą i właścicielem pływalni w Rabce z bieżącą wodą z rzeki Poniczanka, która wówczas była głęboka i płynęła wartkim strumieniem – obecnie w tym miejscu znajduje się basen przy ul. Do Pociesznej Wody. Nowy Dziennik z 25 sierpnia 1932 roku donosił: Zawody pływackie w Rabce. Przed kilku dniami ostała otwarta i oddana do użytku wielka pływalnia w Rabce, a to dzięki inicjatywie znanego działacza społecznego na terenie Rabki, p. Józefa Freundlicha. Na inaugurację sezonu pływackiego w Rabce odbędą się w niedziele dnia 24 b. m. wielkie, propagandowe zawody pływackie z udziałem zawodników i zawodniczek Cracovii i Makkabi. Na program złożą się biegi krótkodystansowe, sztafety, skoki popisowe z trampoliny, pokazy ratowania tonących i inne ciekawe ewolucje. Na starcie zobaczymy z Makkabi wybitne zawodniczki jak Sandberżanka, Schönfeldówna, Munkówna, oraz zawodników: inż. Juljan Ritterman, inż. Schönfeld, Seldinger I. ̶ Z Cracovii startuje: rekordzistka Nowakówna w skokach Schlesingerówna, Sienkowski, Kowalski, Trytko, Szelest i inni. Zapowiedź tych zawodów wzbudziła wśród kuracjuszy wielkie zainteresowanie. 

Działał nie tylko w Rabce. W Krakowie, za namową ówczesnego właściciela warszawskiej restauracji i dancingu „Adria”, Franciszka Moszkowicza, przystąpił do spółki, która założyła elegancki kino-teatr pod nazwą „Scala” - budynek istnieje do dzisiaj i mieści się w nim teatr Bagatela. Józef pełnił funkcję dyrektora zarządzającego oraz finansował wystrój widowni wraz z luksusowym jej oświetleniem. Stroną artystyczną „Scali” zajmowała się córka Moszkowicza, Róża Ritterman - bratowa pianistki Ireny, która z kolei była żoną Józefa Freundlicha. 

Kino-teatr „Scala” na rogu obecnej ulicy Karmelickiej i Krupniczej w Krakowie,
jedna z inwestycji Józefa Freundlicha. Obecnie w budynku znajduje się teatr Bagatela. 

Józef był pasjonatem gry w brydża, miał również zwyczaj zakładać w kawiarniach wyodrębnione brydżownie na wzór tych, które widywał podczas pobytów w Monako. Zdzisław Olszewski w książce „Michał od Cyganów” napisał, że u Józefa Freundlicha można było wziąć tak zwaną lichwę, czyli pożyczyć pieniądze na procent, a także, że razem z sąsiadem Goldmannem budował on w Zdroju wille na sprzedaż. Józef pożyczał głównie pieniądze osobom działającym dla rozwoju Rabki jako uzdrowiska. Pożyczka pieniężna zabezpieczona była za pomocą weksli. Jednym z pożyczkobiorców był na przykład właściciel uzdrowiska dr Kazimierz Kaden. Pomimo rozlicznych zajęć i zobowiązań po śmierci ojca Józefa, Abrahama, objął on funkcję prezesa Gminy Żydowskiej w Jordanowie, a od 15 maja 1939 roku, został prezesem Gminy Żydowskiej w Rabce, która została wyodrębniona od Gminy w Jordanowie i miała szerszy zasięg terytorialny, aniżeli Rabka obecnie. Ponadto pełnił funkcje zastępcy prezesa, a następnie prezesa Stowarzyszenia Modlitwy „Agidas Achim” w Rabce. Na tablicy nagrobnej żony Józefa, Ireny, znajdującej się na cmentarzu przy ulicy Miodowej w Krakowie, umieszczony został napis wyjaśniający dalsze losy Józefa: Pamięci Jej męża Józefa Freundlicha, długoletniego przewodniczącego Gminy Żydowskiej w Rabce zamordowanego przez oprawców hitlerowskich w lipcu 1941 r. na Piaskach pod Lwowem. 

W niższej części sąsiadującego do przejścia na podwórze Freundlicha budynku, obecnie Rynek 6, znajdował się szynk Wandy Nowak - córki wspomnianego wcześniej restauratora Franciszka Wenca. We wspomnieniach jej syna, Zbyszka Nowaka, czytamy: Żydzi z rynku w Rabce chodzili do pracy do Zdroju. Maszerowali w szyku i skandowali szyderczy wiersz wymyślony przez ich prześladowców: „Marszałek Śmigły Rydz nie nauczył nas nic! Aż przyszedł Hitler złoty i nauczył nas roboty.” Po drodze wstępowali do wyszynku mojej matki Wandy Nowak. Przez swoją zaufaną Lotkę - koleżankę szkolną mojej matki – zostawiali codziennie 20 zł na kupno dla nich chleba. Chleb ten odbierała Lotka, gdy wieczorem wracali z pracy. Te pięć bochenków chleba kupowałem u pana Węglarza, właściciela piekarni. Wiedział on, że chleb ten jest przeznaczony dla rabczańskich Żydów. Dzięki niemu mieli oni dodatkowe racje do skromnego wyżywienia. Węglarz świadczył tę pomoc bezinteresownie. Ze zdobyciem tego chleba było trochę kłopotu. Był to przecież chleb przydziałowy, kartkowy. Niemcy skrupulatnie rozliczali Węglarza z dostarczonej mu mąki. Toteż chleb, który szedł „na lewo” trzeba było zastąpić mąką. O mąkę też nie było łatwo. Była wojna, kontyngenty, mełło się zboże w prymitywnych żarnach w tajemnicy. Niemcy zarekwirowali żarna w całej okolicy. Po mąkę trzeba było nieraz jeździć w okolice Krakowa. Mąkę odnosiłem wieczorem za uprzednio pobrany chleb. Oto kolejne szlachetne serca - piekarz Józef Węglarz i szynkarka Wanda Nowak, gotowe do niesienia bezinteresownej pomocy. W dalszej części budynku znajdowała się piekarnia pod zarządem Mieczysława Wnęka – jedna z czterech w tej okolicy, pozostałe należały do żydowskich mieszkańców rynku. 

Widok na rynek. W parterowej części budynku biegnącego wzdłuż Poniczanki,
obok frontowego budynku Abrahama Freundlicha, znajdował się szynk
Wandy Nowak, w rozbudowanej o kolejne piętro części piekarnia
pod zarządem Mieczyława Wnęka. W kolejnym budynku znajdowała się
karczma Buschbauma. Fot. ze zbiorów Józefa Szlagi 

W kolejnym budynku, obecnie Rynek 4, swoją karczmę prowadził, urodzony w Wiedniu, Ernest Buchsbaum. Był to niewielki lokal, jak wspomina pani Anna Rabska: Ciemny, z ciężkimi ławami, chłopi robiący interes na jarmarku byli tutaj częstymi gośćmi. Jedynym śladem po istniejącym wyszynku są, mocno nadszarpnięte przez ząb czasu, schody, po których niegdyś wkraczano do karczmy, a obecnie wtapiające się w fasadę budynku. 

Współcześnie po karczmie Buschbauma pozostał jedynie ślad
w postaci nadszarpniętych przez ząb czasu schodów
wtapiających się w fasadę budynku. 

Zabudowę rynku stanowiły także liczne drewniane kramy i stragany oraz zagrody na zwierzęta, które przyprowadzano na sprzedaż. Co jakiś czas siły żywiołu w postaci dwóch rzek czyściły wszystko co nie było mocno związane z fundamentem. Zapewne dlatego nikt nie odważył się budować po drugiej stronie placu targowego. Na jednym ze straganów handlował Wolf Gassner, który sprzedawał owoce i jarzyny. 

Rabczańskie „sukiennice” na rynku nad Rabą. W podłużnym budynku,
 widocznym nad straganami mieściła się piekarnia Abrahama Luksa.
Fot. ze zbiorów Józefa Szlagi 

Idąc dalej główną drogą ciągnącą się wzdłuż rzeki Raby, po lewej stronie, obecnie Rynek 10, mijamy zabudowania Leopolda Goldmana ze składem żelaza. Lokale tam podnajmowali na mieszkania miejscowi lekarze dr Hipolit Fromowicz[4] oraz dr Stanisław Christ. 

Uczniowie Gimnazjum Męskiego dra Wieczorkowskiego na moście
nad Rabą przy Dworze w Rabce. Z tyłu widoczna Kapliczka Dworska
p.w. św. Józefa, dalej idąc w głąb rynku, sklep kolonialny Rebchuna Szapse
oraz zbudowania Leopolda Goldmana. Fot. ze zbiorów Piotra Romańskiego. 

Dzisiaj nad wejściem do kantoru wymiany walut można zauważyć jeszcze jeden relikt przeszłości – dekoracyjny gzyms złożony z siedmiu elementów o fakturze kamienia. 

Fragment zabudowań należących niegdyś do Leopolda Goldmana.
Nad wejściem do kantoru widoczny dekoracyjny gzyms. 

Idąc dalej, w budynku obecnie Rynek 14, znajdowało się mieszkanie i sklep kolonialny Rebchuna Szapse. 

Obchody Święta Niepodległości, 11 listoapada 1934 roku.
W centrum, z wywieszoną polską flagą, sklep kolonialny Rebchuna Szapse.
Fot. ze zbiorów Jerzego Janowca.

Tuż obok stała dworska kaplica poświęcona św. Józefowi. 

Dworska kaplica p. w. św. Józefa. Na wejściem widoczna,
wmurowana w fasadę, płaskorzeźba św. Floriana.
Fot. ze zbiorów Józefa Szlagi.

W czasie wojny niemiecki żołnierz, wjechał w nią wojskowym motocyklem. Po tym zdarzeniu Aniela Moskalska, jako właścicielka kaplicy, otrzymała od Niemców nakaz natychmiastowego jej rozebrania. Obecnie o dawnej kaplicy świadczy jedynie płaskorzeźba św. Floriana, którą wmurowano w szczyt budynku, obecnie Rynek 16, który był własnością Anieli Moskalskiej. Mieszkanie w tym  budynku podnajmowane było przez Józefa i Anne Abusz.*

Wracający z rynku ludzie przechodzący przez most na Rabie naprzeciwko Dworu.
Po lewej stronie widoczny budynek, w którego fasadę wmurowana 
jest płaskorzeźba św. Floriana.
Fot. ze zbiorów Józefa Szlagi.

Przypisy:
[1] Obóz zagłady w Bełżcu został założony, jako pierwszy obóz w którym Niemcy zastosowali stacjonarne komory gazowe do mordowania przede wszystkim Żydów. Był to obóz budowany w ramach operacji Reinhardt, która miała na celu zagładę wszystkich Żydów przebywających na terenie Generalnego Gubernatorstwa. Procedura przyjęcia i wymordowania całego transportu trwała bardzo krótko - około 2 godziny.
[2] Odległość w linii prostej między Rabką a Bełżcem wynosi ponad 260 kilometrów.
[3] Stowarzyszenie „Agidas Achim”, „Przymierze Braci”, zgodnie ze statutem Towarzystwa miało na celu krzewienie ducha obywatelskiego pomiędzy Izrealitami galicyjskimi, a mianowicie: I. Szerzenie pomiędzy ludnością starozakonną przeświadczenia o konieczności asymilacji z ludnością polską i wszechstronnego pełnienia obowiązków obywateli kraju. II. Kierowanie Izraelitów ku rolnictwu i rzemiosłu. III. Wychowanie młodzieży starozakonnej w duchu polskim. IV. Szczególna troskliwość o pielęgnowanie nauki religii mojżeszowej w języku polskim. Stowarzyszenie Modlitwy „Agidas Achim” w Rabce, na początku lat 30., z sukcesem poczyniło starania o wybudowanie nad brzegiem rzeki Raby nowoczesnej łaźni rytualnej.
[4] Aleksander Ziemny, „Czasami pamięć nie kłamie”: Hipolit Fromowicz, według nomenklatury „doktor wszech nauk lekarskich”, w rabczańskiej praktyce lekarz od wszystkiego. Duży, gruby, ale potrafił być szybki. Uśmiechał się bardziej żałośnie niż wesoło, peszył go tik w twarzy – mruganie i przekrzywianie policzka. Korzystając nieodpłatnie z bryczki swego przyjaciela Rudka Freundlicha, wykonywał w sposób chałupniczy pracę pogotowia ratunkowego. Spóźnia się ono bardzo, ale i tak jest najszybsze. Nie było tutaj w zwyczaju, żeby wzywać karetkę z Nowego Targu. Gdyby przyjechała, to po wielu straconych godzinach.

* Akapit zmieniono 14.07.2017 roku. Pierwotna wersja akapitu była następująca: W czasie wojny została uszkodzona przez niemieckiego żołnierza, który wjechał w nią wojskowym samochodem. Wnętrze kaplicy zostało ograbione, a ją samą całkowicie zburzono. Ocalała jedynie płaskorzeźba św. Floriana, którą wmurowano w ścianę sąsiedniego budynku, obecnie Rynek 16, gdzie kiedyś wynajmowały mieszkania rodziny Stillów i Sternów. Dzięki informacjom nadesłanym od Pani Lucyny Niżnik usunęliśmy błędne informacje i poprawiliśmy akapit. Serdecznie dziękujemy za pomoc!

cdn.

Zespół Historia Rabki

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz